Wczoraj spadłam ze schodów. Na szczęście skończyło się tylko lekkim urazem ale przestraszyłam się nie na żarty a i ból był nie do wytrzymania… nie wiem dlaczego przed oczami przebiegło mi dzieciństwo mojego pierworodnego…
Otóż często ulegał rozmaitym „upadkom” : ( a to z pająka czy drabinki na placu zabaw… ze skarpy wprost do rzeki… z roweru… deskorolki… rolek… łyżew… wakeborda… snowborda… często coś sobie łamał… był odkażany… opatrywany… gipsowany… zszywany… Za każdym razem, ocierając łzy z Jego cierpiącej buzi, powtarzałam, że upadamy po to, żeby móc się podnieść… serio!
dochodząc do meritum – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – gdyby wczoraj ktoś, zbierając mnie ze schodów, wyjechałby z takim tekstem – rzuciłabym się na niego z pazurami ; )
Przepraszam Cię synu :*
Ten maluszek ma dopiero przed sobą okres chłopięcych wybryków. Rozrabiaj zdrowo!

