Gdy moja mama chodziła ze mną w ciąży (a z pewną dozą przykrości muszę nadmienić, że było to w odległej technicznie epoce…) myślała, że urodzi syna. Nawet nadała mi imię: „Miłoszek”… Nie będę w tym miejscu zagłębiać się w szczegóły czy marzyła o synku… czy to imię Jej się tak spodobało, że za wszelką cenę chciała mieć syna… i czy fakt urodzenia kolejnej córki ją rozczarował… bo nie w tym rzecz… Jako, że byłam ostatnim dzieckiem moich rodziców imię mi przeznaczone otrzymał (po uprzednio wyrażonej, z bólem serca, zgodzie przez moją rodzicielkę ) mój o 6 lat młodszy kuzyn. Brat mojej mamy spytał uprzejmie czy skoro Jej się nie przydało to mogą sobie je przygarnąć do pierwszego syna i tyle…
Tu dochodzę do meritum posta… otóż kiedyś nadmieniałam, że imiona kojarzą mi się z konkretnymi ludźmi a mój kuzyn Miłosz jest człowiekiem nad wyraz sympatycznym… cierpliwym… zrównoważonym… ciepłym… i pogodnym…
Niedawno poznałam drugiego Miłoszka w moim życiu. Pomimo rozpoczęcia 6 tygodnia życia przyjechał z rodzicami na sesję (jeszcze) noworodkową…
Zaskoczył mnie swoim spokojem… i nie mam tu na myśli chwil kiedy spał, ale właśnie tych świadomych…
To była wyjątkowa sesja… z cudownym małym chłopczykiem… który na pewno będzie wspaniałym dzieckiem i interesującym mężczyzną…















